Notatki na marginesie

Luźne uwagi na temat przeczytanych książek (i nie tylko)


Oszczędzanie przez dawanie

krew

Dziś krótko, ale konkretnie.

12 lat.
18 litrów.
1000 zł oszczędności rocznie.

O co chodzi?
O honorowe oddawanie krwi.
Jednorazowo można oddać 450 ml krwi.
Mężczyźni mogą oddawać mniej więcej 6 razy w roku, a kobiety 4.
Czyli w moim przypadku cel mógł być osiągnięty po niecałych 7 latach.
Zajęło mi to dłużej, żeby zbytnio nie obciążać organizmu.

Celem było oddanie 18 litrów, bo dzięki temu od teraz nie muszę płacić za komunikację miejską,
co w moim przypadku daje właśnie 1000 zł oszczędności rocznie.

Oczywiście nie oddawałem krwi tylko po  to, aby za darmo jeździć.
To jest miła nagroda do podstawowej idei krwiodawstwa, jaką jest konkretna pomoc ludziom potrzebującym krwi.
Bo potrzeby są, a póki co nie ma syntetycznie wytwarzanych substytutów.

Oczywiście będę oddawał dalej.
Do czego i ciebie zachęcam.
Jeżeli zdrowie nie stoi na przeszkodzie, podziel się tym co najcenniejsze.

Więcej informacji: https://krwiodawcy.org lub http://www.oddajkrew.pl

Pozdrowienia dla wszystkich „wampirów”.


Jak nauczyć dziecko jazdy na rowerze?

https://www.flickr.com/photos/ajay13/27242873440/

foto: Aikawa Ke

Obserwując “męczarnie” rodziców uczących dzieci jeździć na rowerze i dzieci próbujące nauczyć się tej sztuki, postanowiłem napisać słów kilka o tym, jak to można zrobić sprawnie.

Przez “męczarnie” mam na myśli biegi rodziców za rowerkiem z doczepionym kijkiem (jak dla mnie to jest męczarnia).
Jest prostszy sposób.

Nie wiem też, jak długo trwa proces nauki jazdy na rowerze od momentu doczepienia dodatkowych kółek do ich zdjęcia i jazdy na dwóch kółkach.
Ale pewnie dłużej niż dwie godziny.

Dlaczego dwie?
Bo tyle trwało nauczenie się jazdy na dwóch kółkach w naszym przypadku.

Ale od początku:
Naukę zaczęliśmy od wsadzenia pociechy na rowerek typu biegaczek (ang. run and ride), na którym to dziecko “pędzi” odpychając się od podłoża własnymi nogami.
Po dwóch latach, jak już dorosło do roweru z pedałami, przesiedliśmy się na taki właśnie.
Wybraliśmy w miarę lekki, co by nie utrudniać przyjemności z jazdy (to co czasami można znaleźć w sklepach przechodzi moje pojęcie dziecięcego rowerka).
Ale..

I tu przechodzimy do sedna sprawy: odkręciliśmy pedała i zachęcaliśmy do jazdy w stylu run and ride, czyli odpychając się własnymi nogami.
Po dwóch godzinach dziecko złapało równowagę na nowym “biegaczku” i to był moment, w którym można było dokręcić pedała.
Dzięki temu, że nauczyło się równowagi bez pedałów, szybciej nauczyło się jeździć na docelowym rowerze.

Przyjemność dla dziecka (bo nie zerka co chwilę czy rodzic na pewno trzyma za kijek) i przyjemność dla rodzica (bo nie trzeba biegać za dzieckiem).

Polecam.


Inbox zero

http://www.nerdmeritbadges.com

 

Cofnijmy się w czasie.
Jest sierpień 2015.
Służbowa skrzynka pocztowa: stwierdzam z przykrością, że ilość maili w skrzynce przychodzącej (z ang. inbox) wynosi ponad 6 000 (sic!). I nie jest to bynajmniej spowodowane niezaglądaniem do skrzynki z powodu dwutygodniowego urlopu.
Stan ten ciągnął się od kilku dobrych lat.

Coś trzeba było z tym zrobić.
Pomijam fakt upomnień wysyłanych przez dział IT o wykorzystaniu limitu na dysku :)
Zapełniona skrzynka pocztowa mi osobiście przeszkadzała.
Nie czułem się komfortowo z taką ilością wiadomości „plątających” się po komputerze.

 

***

W tamtym czasie byłem na etapie wdrażania technik produktywności w życie służbowe i prywatne.

W tym zasad dotyczących „higieny” pocztowej.

Jednym z aspektów jest inbox zero.
Podejście mające na celu taką obsługę maili, żeby na koniec dnia w skrzynce przychodzącej nie było żadnej wiadomości.

Opcji i wariantów jest kilka.
Opiszę jeden, który znalazłem na blogu Michael’a Hyatt’a (w oparciu o Getting Things Done David’a Allen’a).

Jak doprowadzić do inbox zero?

Należy obsługiwać (procesować) każdą wiadomość tylko jeden raz.
Przeczytać każdego maila tylko jeden raz.
A nie, przeczytać, zostawić i po kilku dniach ponownie do niego wracać.
W ten sposób maile tylko przyrastają zamiast się „załatwiać” (Michał Śliwiński twórca Nozbe lubi używać stwierdzenia że on nie czyta maili, tylko je załatwia).

Obsługując każdą wiadomość należy zadać pytanie:

  • Czy ta wiadomość wymaga ode mnie działania?
  • Czy jestem proszony o zrobienie czegoś?

Jeżeli odpowiedź brzmi TAK, możliwe są trzy opcje:

  1. Zrób to (ang. do).

    Nie odkładaj na później. Zrób to teraz. David Allen mówi o zasadzie 2 minut: jeżeli zrobienie czegoś zajmie ci mniej niż dwie minuty, zrób to od razu.
    Dzięki temu sprawy znikną z twojej listy zadań zanim się na niej pojawią :)

  2. Deleguj (ang. delegate).

    I nie chodzi o „spychologię”, ale zdrowe podejście, gdzie wiemy, że ktoś inny może zrobić to zadanie lepiej, szybciej czy taniej.
    Ty powinieneś skupić się na robieniu zadań, do których wnosisz wartość dodaną.
    Michael cytuje pana Dawson’a Trotman’a, który powiedział:
    “Przyjąłem sobie za cel, nigdy nie robić niczego, co mogą lub zrobią inni, podczas gdy jest tyle ważnych rzeczy do zrobienia, których inni nie mogą lub nie chcą zrobić.” 

  3. Odłóż na później (ang. defer).Świadomie zdecyduj o odłożeniu danej sprawy i wpisaniu go na listę zadań do zrobienia.
    Być może zadanie wymaga więcej niż dwie minuty.
    Może nie jesteś w stanie tego delegować.
    Zaplanuj czas kiedy się tym zajmiesz.
Notatka na marginesie:
Polecam Nozbe, do którego można wysłać maila i utworzyć z niego zadanie. 
Więcej o Nozbe we wcześniejszym wpisie.

Jeżeli natomiast odpowiedź brzmi NIE, czyli zadanie nie wymaga naszej aktywności (nikt nas o nic nie prosi), opcje są dwie:

  1. Usuń (ang. delete).

    Po prostu :) Jeżeli uważamy, że nie będziemy potrzebowali tej wiadomości w przyszłości, należy ją usunąć. A co gdy usuniemy jakąś ważną wiadomość? Teoria Michael’a: jeżeli wiadomość była naprawdę ważna, to ktoś gdzieś posiada jej kopię :)

  2. Zarchiwizuj (ang. file, Michael nie znalazł odpowiedniego słowa na D :) ).

    Jeżeli wiadomość nie wymaga naszej reakcji i uważamy, że może przydać się w przyszłości, można przesunąć ją do odpowiednich katalogów np. w programie pocztowym. Michael zaleca właściwie jeden folder do archiwizacji, bez jakiejś wyrafinowanej metody katalogowania. Komputer powinien poradzić sobie z przeszukaniem tego folderu wg potrzebnych kryteriów.

W przypadku watpliwości czy wiadomość usunąć czy zarchiwizować, lepiej ją zarchiwizować.
Zawsze można ją później usunąć.

https://www.flickr.com/photos/10ch/3204380917/in/album-72157612646615723/

foto: 10ch (flickr)

Co natomiast zrobić w przypadku, gdy ma się tysiące wiadomości zalegających w skrzynce odbiorczej?

Coś, co Michael nazywa ogłoszeniem mailowego bankructwa.
Coś, czego nie nazwałem, ale intuicyjnie zrobiłem z moimi sześcioma tysiącami maili.
Zrób archiwizację wiadomości, zostaw 20 najświeższych, a resztę usuń.
Nawet, jak ktoś będzie się dopominał o odpowiedź na wiadomość, którą usunęliśmy, można się wytłumaczyć, że ją przeoczyliśmy i poprosić o ponowne wysłanie jej do nas.
Trudno.
Koszt uporządkowania sobie życia.

***

Jest lipiec 2016.
Służbowa skrzynka pocztowa: ilość maili w skrzynce przychodzącej oscyluje w ostatnim czasie wokół 100 maili.

Jak widać, do celu „inbox zero” jeszcze wiele brakuje.
Przyczyny takiego stanu są nastepujące.
Po pierwsze, cały czas jestem w trakcie wyrabiania nawyku regularnego procesowania wiadomości.
A po drugie, nadal szukam mojego sposobu, mojej wersji radzenia sobie z katalogowaniem.
Jak przechowywać wiadomości, które są w trakcie załatwiania (delegowane lub też czekające na moją reakcję)?

W tym miejscu chcę wspomnieć o jeszcze jednej technice, która bardzo pomaga mi w pilnowaniu spraw delegowanych bądź oczekujących na działania innych osób.
Technika opisana przez Piotra Nabielca w książce „Effective multitasking” (z ang. skuteczna wielozadaniowość).

Notatka na marginesie:
Autor stara się przekonać, że tak naprawdę nie jesteśmy wielozadaniowi, bo nie możemy robić dobrze kilku spraw jednocześnie. 
Aby być skutecznym, należy się skupić na wykonywaniu jednej sprawy na raz. 
 
Z katalogu wiadomości wysłanych należy wydzielić maile wymagające odpowiedzi od innych i umieścić je w katalogu „oczekujące” (ang. awaiting response).
Dzięki temu w jednym miejscu mam wiadomości i sprawy uzależnione od działania innych.
I jeżeli w wyniku sprzątania swoich skrzynek pocztowych zdarzy im się usunąć mojego maila :) w łatwy sposób mogę im wysłać ponownie maila z przypomnieniem.

Mam nad czym pracować.
I wiem, że w końcu wypracuję swoją metodę i poczuję, że panuję nad zalewem wiadomości.

Nie dla samego zajmowania się wiadomościami, ale dla poczucia uporządkowanego życia.

Kolejne wyzwanie: skrzynka prywatna :)


Bądź pustą głową

 

Ile to razy myślałem o czymś i byłem pewny, że zapamiętam, a kiedy przychodziło co do czego, to mi to po prostu wylatywało z głowy.
Najgorsze było później przypominanie sobie: Co ja takiego miałem zrobić? O czym miałem pamietać?

Każdemu pewnie nie raz się to zdarzyło.
Mnie już się nie zdarza :)

Pamietam o wszystkim, co mi przyjdzie do głowy i co mam do zrobienia.
Bynajmniej nie dlatego, że mam superpamięć.
Nie mam i dlatego wszystko zapisuję.

Jeżeli wpadłem na genialny pomysł, coś mnie zachwyciło, czy naszła mnie chwila refleksji zapisuję to w dzienniku.

Notatka na marginesie:
Więcej we wpisie o prowadzeniu dziennika:
 
 

Jeżeli natomiast chcę coś zrobić (bo ja nic nie muszę), to zapisuję to na liście spraw do zrobienia.

Notatka na marginesie:
Sprawdź dlaczego nic nie muszę:
 

Muszę czy chcę, próbuję czy robię?

Idea wyrzucania spraw z głowy jest pierwszym krokiem w metodologii zarządzania czasem Getting Things Done (GTD) opisanej przez Davida Allen’a.

Zasada jest prosta:
spisz wszystko co masz w głowie. 

Nie traktuj głowy jako magazynu do przechowywania spraw.
Używaj jej do kreatywnego myślenia.
Jak oporóżnisz ją ze zbędnych rzeczy, to zwolnią się zasoby na myślenie :)

Jak zacząć?

Weź kartkę, długopis i pisz przez 15-30 min wszystko o czym w danej chwili myślisz.
Wszystko.
Później ocenisz, czy to jest wartościowe i można i trzeba coś z tym zrobić, czy nie.

Po opróżnieniu głowy przyjrzyj się sprawom, ktore spisałeś.
Część z nich to będą sprawy do zrobienia, którymi po prostu trzeba się zająć.
Mając listę spraw do wykonania, warto je gdzieś spisać w osobnym miejscu, żeby łatwiej do nich wracać.
Może to być tradycyjna kartka czy notes ze sprawami do wykonania.

Notatka na marginesie:
Zamiast kartki można użyć karteczek samoprzylepnych (typu post-it).
Każda sprawa jest zapisana na oddzielnej karteczce.
Łatwiej później spisane sprawy pogrupować w powiązane ze sobą sprawy (zadania).

Zobacz przykład

Ja preferuję (i polecam) wersję elektroniczną.
Nawet najprostszy telefon ma wbudowaną funkcję przypomnień, która lest lepsza od kartki (łatwiej panować nad powtarzalnymi zadaniami).
Osobiście polecam pójść krok dalej i używać dedykowanych aplikacji do zarządzania zadaniami i projektami.

Podstawowe zalety programów do zarządzania zadaniami:

  • Zawsze pod ręką – z telefonem raczej w ogóle się nie rozstajemy
  • Zadania można grupować w projekty – zawsze koło siebie znajdują się zadania, które prowadzą do osiągnięcia danego celu.
    A o to chodzi w całej zabawie, żeby osiągać to, co planowaliśmy.
  • Współdzielenie zadań – w łatwy sposób można delegować konkretne zadania osobom, które zaprosiliśmy do konkretnego projektu.
  • Dodatkowe informacje przy każdym zadaniu – można dodać notatki, komentarze czy zdjęcia, które pomagają w realizacji danego zadania.

 

Notatka na marginesie:
Przykład: mam projekt Lekarz, w którym żona może mi przydzielić zadanie, np. umówienie wizyty.
W tym samym momencie widzię to zadanie u siebie na telefonie (dostaję powiadomienie).
Nie musi dzwonić do mnie w tej sprawie, wysyłać SMS, przypominać itd.
Program przypomni mi o załatwieniu tej sprawy.
W komentarzu do zadania może dodać informacje np. na temat preferowanych godzin wizyty itp. 
Jeżeli wykonam zadanie, odznaczam je i żona od razu widzi, że zrobiłem o co mnie poprosiła. 
Wyższy stopień komunikacji :) 
A rozmowy telefoniczne przeznaczamy na przyjemniejsze sprawy. 

Dla chętnych, którzy nie znają podejścia GTD, poznania tematu produktywności, polecam video kurs:

Kurs produktywności w 10 krokach

Notatka na marginesie:
Osobiście używam Nozbe, ze względu na jego funkcjonalność, wygląd i niesamowite podejście do obsługi klienta :) 
Używam i testowałem kilka innych, ale ten mi najbardziej pasuje. 
Ze względu na ilość projektów używam wersji płatnej. 
Zachęcam do wypróbowania (to nic nie kosztuje).
Jeżeli chcesz możesz skorzystać z poniższego linku (link afiliacyjny), aby założyć darmowe konto w Nozbe.
Jeżeli program ci się spodoba, decydując się na wersję płatną otrzymasz 10% zniżki.
(Samo założenie nic nie kosztuje, i do 5 projektów jest darmowe):
 

Załóż konto w Nozbe

Reasumując:
Niezależnie od tego, jaki system będziesz używał (kartka, telefon, komputer), nie trzymaj listy spraw do wykonania w głowie.
Wyrzucaj na zewnątrz.

Bądź pustą głową.
Magazynuj wspomnienia i emocje, a nie sprawy do załatwienia.


Samoświadomość

foto: matchbox

 

Nie lubię pytań w stylu: powiedz mi jaki jesteś? Co potrafisz?

Ponoć każdy człowiek ma 3000 umiejętności.
Hmm… gdy zacząłem myślec o tym, co potrafię, wypisałem 3 umiejętności.
W kontekście zawodowym, bo nie mówię o umiejętnościach typu: wiązanie butów, czytanie, pisanie :)

Dzisiaj po kilku dniach, lista ma 13 punktów.

Sposobem na odkrycie siebie, jest myślenie o sobie i słuchanie siebie.

Jak odkryć siebie?

Jedz śniadanie i skup się na jedzeniu (nie przeglądaj FB w tym czasie).
Czekając na autobus, nic nie rób, poza czekaniem (nie słuchaj muzyki, nie czytaj książki).
Pisz dziennik.

Notatka na marginesie:
Jak w łatwy sposób zacząć pisać dziennik?
Zapraszam do wpisu:

Pisz dziennik, będziesz sławny

Miej chwilę na czas z samym sobą.

Nawet jeśli od razu nie będzie widać zmian, one przyjdą.
Mózg zauważy, że dajemy mu chwilę wytchnienia i zacznie pracować dla nas.

Ostatnio słyszałem historię znajomego, który miał robiony rezonans i przez 20 min leżał bezczynnie.
Później przyznał, że to było to najgorsze 20 min w życiu.
Nuda. Nie mógł nic robić.

Dokąd my zmierzamy, że nudzi nas 20 min spędzone sam na sam z sobą samym?

Nie bójmy sie ciszy.
Nie bójmy się siebie.


Bajka o skarbie

Version 2

Oglądam bajki.
Lubię bajki.

Ostatnio widziałem (słyszałem) taką:

video: Bajka o rabbim i o skarbie

Żył sobie w Krakowie na Kazimierzu biedny rabbi Ajzik.
Pewnego razu przyśnił mu się sen, że w Pradze pod mostem jest zakopany skarb.
Sen się powtarzał i rabbi stwierdził, że to znak od Boga.
Pożegnał się z rodziną i poszedł do Pragi.

Znalazł most, ale okazało się, że kręci się po nim dużo ludzi, a w dodatku pilnują do strażnicy.

Po kilku dniach jeden ze strażników podszedł do rabbiego i zapytał czego tu szuka.
Rabbi poczuł, że może zaufać temu człowiekowi i opowiedział mu o swoim śnie.
Na co strażnik odpowiedział, że jest dużo młodszy, ale mądrzejszy od rabbiego.
Stwierdził, że gdyby wierzył w sny, to już dawno poszedłby do Krakowa,
po przyśniło mu się, że w domu rabbiego Ajzika w ścianie koło pieca jest ukryty skarb.

A przecież takich rabbich jest w Krakowie pewnie wielu.

Na co rabbi tylko się uśmiechnął i ruszył w drogę powrotną do domu.

***

Czasem trzeba przejść kawał drogi w poszukiwaniu skarbu, żeby odkryć,

że on był cały czas koło nas.

A może dopiero wtedy doceni lub znajdzie się skarb, który jest blisko,

jak się po niego wyruszy w daleką drogę?


Pisz dziennik, będziesz sławny

Dziennik

 

Jakimś dziwnym trafem wielu wielkich ludzi pisało (pisze) pamiętniki (dzienniki).
Czy to oznacza, że aby być wielkim trzeba pisać dziennik?
Może tak, a może nie, ale na pewno, żeby pisać dziennik, nie trzeba być wielkim.
A na pewno pisanie dziennika powoduje, że stajemy się bardziej świadomi nas samych i naszego życia.
I to właśnie powoduje, że mamy szansę zrobić coś wielkiego w życiu.
A na pewno coś większego od siedzenia przed telewizorem.

Zwiększona świadomość bierze się z tego, że aby coś napisać trzeba najpierw coś pomyśleć, przeżyć jeszcze raz,
tym razem w głowie, przeanalizować, zastanowić się co i jak można było zrobić lepiej.
W końcu uczymy się (rozwijamy) na błędach.
Ale tylko na tych, nad którymi się zastanawiamy.
Samo popełnienie błędu do niczego dobrego nie doprowadzi.
Dopiero refleksja nad błędem i próba zastanowienia się nad tym, jak można było błędu uniknąć,
może spowodować że na przyszłość tego błędu unikniemy.
I przez to się rozwiniemy.

Wiedząc to wszystko powyżej, zacząłem (dwa lata temu) pisać dziennik.
W zasadzie były (są) to proste przemyślenia, coś czego nie jestem w stanie powiedzieć na głos innym.
Czasami jedno zdanie, czasem kilka akapitów.
Na początku był to raczej miesięcznik albo i kwartalnik :)
Z czasem wpisy stawały się bardziej regularne i świadome.

Teraz jest to już prawie dziennik, w tym znaczeniu, że wpisy są prawie zawsze codziennie.
A to za sprawą prostej recepty, którą usłyszałem u Pat’a Flynn’a, amerykańskiego blogera.

Prosta metoda na pisanie dziennika („pięciominutowy dziennik„):

  • Rano (najlepiej zaraz po przebudzeniu):
    • Zapisz za co jesteś wdzięczny (min 3 rzeczy) – ludzie, rzeczy czy sprawy,
      które sprawią, że ten dzień będzie niezwykły
  • Wieczorem:
    • Zapisz co wspaniałego wydarzyło się w ciągu dnia (3 rzeczy)
    • Zapisz co mogłeś/mogłaś zrobić lepiej (1 rzecz)

Takie podejście do pisania dziennika sprawia, że chce mi się robić to codziennie.
Staram się rano wyszukiwać sytuacje i sprawy, za które jestem wdzięczny.
Czasem nawet „na siłę” próbuję wymyśleć coś, za co mógłbym być wdzięczny.
Dzięki temu, zawsze jestem w stanie poprawić sobie humor, bo okazuje się, że zawsze znajdę coś,
za co mogę dziękować.

[Notatka na marginesie:

Pomocne staje się pozytywne nastawienie do życia charakteryzujące się mentalnością dostatku.
Inspiracje do zmiany w myśleniu opisane w:

Muszę czy chcę, próbuję czy robię?

Nie patrzeć na to, czego brakuje, ale cieszyć się tym, co się ma.]

Osobiście preferuję wersję elektronizną i swój dziennik prowadzę w Evernote zainstalowanym na telefonie.
Ma to dwie podstawowe zalety.
Po pierwsze, telefon zwykle mam przy sobie (stąd też mój dziennik jest zawsze pod ręką łatwo dostępny).
A po drugie, jak już będę sławny, łatwiej będzie wydać go w wersji drukowanej, bo nie trzeba go będzie przepisywać :)

Ostatnio zacząłem prowadzić również dziennik rodzinny, w którym staram się utrwalać ważne wydarzenia rodzinne.
Coś, do czego będzie można z radością wrócić w przyszłości.
Zobaczyć emocje na zdjęciu i przeczytać je w dzienniku.

Polecam.
Miło po jakimś czasie wrócić do zapisków, przypomnieć sobie emocje i własne przemyślenia związane z tym,
w czym brało się udział, co radowało, co trapiło.

Do piór i do klawiatur zapisywać emocje, aby ocalić je od zapomnienia…

PS.
Pamięć krótka jest.
Łatwiej zapisywać, niż przechodzić zabiegi odtwarzania pamięci
opisane chociażby w (nomen omen) Pamiętniku Młodej Lekarki:

Z pamiętnika młodej lekarki – Krótka pamięć

:)